krokus  

Teora infekcji i Pasteur

 Dla lepszego zrozumienia całego oszustwa na temat domniemanej zakażalności przez drobnoustroje, ważne jest, żeby przeciętny człowiek zapoznał się z tymi oficjalnie przemilczanymi faktami, które niełatwo znaleźć w powojennej literaturze medycznej.

Wszelkie dyskusje wokół infekcji i szczepionek można by porównać z  dyskusją na temat : czy z płaskiej ziemi można spaść, czy też na granicy jest jakaś siatka, do podtrzymania  ... o czym my tutaj dyskutujemy! 

Dyskutujemy na nieistniejący temat! Nie ma żadnych dowodów naukowych (opartych na badaniach przeprowadzonych metodą naukową) potwierdzających szkodliwość drognoustrojów czy  nawet istnienie niektórych z nich (wirusy!)  Panujące dzisiaj w medycynie twierdzenia o "szkodliwości" drobnoustrojów oraz "przydatności" tzw. szczepionek, nie były nigdy zweryfikowane, czy falsyfikowane w oparciu o metodę naukową, dzięki której było możliwe odkrycie przez człowieka wielu znanych praw i reguł natury, wykorzystanych w np. rozwoju techniki...

Niniejszy fragment pochodzi z książki autorstwa Lanka/Krafeld pt. "IMPFEN -VÖLKERMORD IM DRITTEN JAHRTAUSEND" (Szczepienia - ludobójstwo w trzecim tysiącleciu"). Autorzy od 15 lat zajmują się rozwikłaniem zagmatwanej historii medycyny, która reprezentuje "paradygmat walki z chorobą.  Niewiele osób (nawet pośród lekarzy) wie o uwarunkowaniach jakie doprowadziły do powstania  panującego w medycynie dogmatu, że choroba powstaje wskutek infekcji. Lanka i Krafeld  przedstawiają krótki historyczny przegląd jak do tego doszło... Niestety książka ta nie jest osiągalna w języku polskim.


Gdy zaczniemy szukać odpowiedzi na pytanie, skąd nauka wzięła i bierze dowody, na poparcie swoich twierdzeń, to musimy udać się w miejsce, w którym te dowody podobno się znajdują. Odkrycie druku spowodowało, że przekazywanie rozpoznań naukowych w zrozumiały sposób, przestało stanowić problem. Przedtem, przy kopiowaniu - dawniej przepisywaniu -  istniała zawsze możliwość manipulacji tekstem. Napisane słowo uważa się za wiążące, ponieważ znajduje się w kilku miejscach równocześnie.
Jeżeli podczas poszukiwań znajdziemy dowody, to dobrze; jeżeli jednak nie znajdzie się ich, to przyjamniej należy znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ich brak?

Np. dnia 9. Marca 1995 roku po raz pierwszy w młodej historii AIDS zostało udowodnione, że odpowiedzialne urzędy Republiki Niemiec, oraz odpowiedzialny za szczepienia Instytut Roberta Kocha w Berlinie, wiedzą, że nie ma żadnego dowodu na istnienie wirusa HIV, (niestety, dokument jest w tej chwili tylko w języku niemieckim) który rzekomo powoduje AIDS. W oświadczeniu tym czytamy między innymi: "Naturalnie, istnienie ludzkiego wirusa niedoboru odporności, HIV (ang. human immunodeficiency virus) uchodzi w internacjonalnym konsensie naukowym za udowodnione." (przyp. tłumacza: Od kiedy to konsens jest naukowym dowodem?!)

Fakt ten został potwierdzony dnia 15.stycznia 2001 roku przez sąd. Po czym dodatkowo potwierdzony przez Drugą Izbę Parlamentu Niemiec (Bundestag), a później, dnia 17. Maja 2001 roku został opublikowany w formie wydruku.
Tym samym wyobrażenie (nazywa się to hipotezą) o istnieniu osłabionego "systemu immunologicznego" zwanego AIDS zostało obalone.
Przy tej okazji wyszło na jaw, że w przypadku AIDS od samego początku nie było żadnych podstaw, a więc możliwego do zweryfikowania przypuszczenia o przenoszeniu (zarażalności) zaraźliwego mikrobu, zaraźliwego czynnika, który w nauce nazywa się np. "wirusem".

Dlaczego wobec tego takie twierdzenie powstało? Dlaczego "cały świat" mówi, że tak jest? Czy można mówić tu o pomyłce, skoro tak wielu ludzi w niej uczestniczy?
Na całym świecie przeprowadza się przecież szczepienia i dzięki nauce rozumiemy nareszcie coraz lepiej jak funkcjonuje "system immunologiczny" oraz jak organizm chroni się przed "wrogami".
Przecież tam, gdzie obserwuje się wiele wzbudzenia, gorączki, wykwity na skórze itd. a więc widać "chorobę", tam musi być przecież jakiś "zarazek"? Poza tym nie może byś coś, co nie jest dozwolone!  Do czego by to doprowadziło?

Czy w naszym systemie zdrowotnym mamy do czynienia z "błądzącymi"?  Muszę to uściślić: jest ich tysiące! A więc wszyscy są "błądzącymi", oprócz małych wyjątków? Dlaczego? Kto steruje ruchem? Co definiuje reguły i przede wszystkim gdzie te reguły są definiowane? Kto przejmuje odpowiedzialność, kto "płynie z prądem", a kto jest sprzedawany za głupiego. Jeżeli miałoby by być tak rzeczywiście, to kto jest ofiarą?

Trzymasz książkę w ręku, ponieważ sam to odkryłeś, ponieważ odmówiono tobie przedstawienia dowodów, mających potwierdzić sensowność szczepienia przeciwko konkretnemu żywemu czynnikowi "chorobotwórczemu" (patogen). Odmówiono ci przedstawienia dowodu potwierdzającego sensowność szczepienia, które powinieneś przeprowadzić, żeby  chronić siebie i twoje dzieci  przed "chorobą". Trzymasz tę książkę w ręku, ponieważ z ministerstwa zdrowia otrzymłeś niewiarygodne pismo, w którym zawarta jest przerażająca wiadomość,  że ministerstwo zdrowia nie jest w stanie przedłożyć naukowych dowodów potwierdzających słuszność i celowość "szczepienia".  Nie uzyskałeś odpowiedzi, mimo że specjalnie zwróciłeś się do ministerstwa zdrowia, ponieważ podlegle ministerstwu placówki nie odpowiedziały tobie na konkretne pytania, tylko skierowały cię do ministerstwa mdrowia...
Trzymasz tę książkę w ręku, ponieważ jesteś osobą odpowiedzialną i znasz swoje prawa i obowiązki i dlatego złożyłeś zażalenie w kompetentnym parlamencie na szczeblu wojewódzkim i krajowym. Trzymasz tę książkę w ręku, ponieważ chcesz w końcu wiedzieć, czy ryzykujesz, jeżeli się nie zaszczepisz, czy też większym ryzykiem są szkody jakie poniesiesz z powodu szczepienia? Albo trzymasz tę książkę w swoich rękach, ponieważ słyszałeś o działanich zaangażowanych kobiet, matek i babć w Niemczech i w Austrii, czy też widziałeś lub śledzisz stronę internetową www.klein-klein-aktion.de. I teraz chcesz wiedzieć dlaczego powinno się szczepić i dlaczego odpowiedzialne urzędy, a nawet politycy, konsekwentnie wzbraniają się wskazać źródła w fachowej literaturze, w którym zawarte byłyby dowody na istnienie „ patogenu”.
Czy wszystko to pomyłka, jakiś błąd? I jeżeli tak, to od jak dawna wiedzą o tym kompetentne urzędy i naukowcy?

Ażeby to wyjaśnić  - a sprawa nagli i związana jest z wielką odpowiezialnością – trzeba cofnąć się w przeszłość, do momentu w którym to wszystko się zaczęło. A potem znowu wrócić do XX wieku, do odpowiedzialnego za ten rozwój momentu, do  początków badań naukowych i techniki, a więc do mikroskopii elektronowej i biochemii (w oparciu o nie opiera się „szczepienie”).

Aby móc zrozumieć i móc ocenić, czy jest to pomyłka, czy też oszustwo oraz od kiedy szczepienia tymi się stały, musimy cofnąć się nie tylko do samych pocztątków szczepień, tylko również musimy postarać się zrozumieć, jakimi kategoriami w tamtych czasach myślano.

Musimy się cofnąć nie tylko do XIX wieku, w którym to podobno znajdują się „naukowe podwaliny” szczepionek, oraz cofnąć się nie tylko do XVIII wieku, w którym to ówczesna nauka i medycyna (medicina scolasticascolastica) i państwo wychodziły z założenia, że choroba spowodowana jest niedożywieniem, truciznami – przede wszystkim pochodzącymi z rozkładających, psujących się pokarmów i zatrutej wody.
Przede wszystkim musimy się cofnąć do czasów, w których po raz pierwszy twierdziło się, że przeprowadzono pierwsze szczepienie, a więc do roku 1796.  Oraz do czasu, w którym to po raz pierwszy przy pomocy optycznego mikroskopu było możliwe dostrzeżenie tzw. mikrobu: bakterii i mikrogrzyba i na podstawie przeprowadzanych eksperymentów możliwe było rozpoznanie, jakie zadania w przyrodzie spełniają. A więc musimy cofnąć się do czasów pierwszych badań naukowych, do XVII wieku!
Mikroskop optyczny po raz pierwszy stał do dydpozycji medycznym badaniom naukowym w XVII wieku (1661 rok) i w znacznym stopniu przyczynił się do poznania życia. To zadziwiające, jak blisko prawdziwych rozpoznań dotyczących podstawowych procesów w przyrodzie byli naukowcy owych czasów. Wówczas rozumowano systemowo, w myśl paradygmatu o równowdze statycznej.  Nauka potrzebuje paradygmatów, czy modeli myślowych, po to, aby mogła rozwijać dalsze modele. Po to, żeby lepiej zrozumieć „chorobę” i móc ją lepiej leczyć.
Rozumowano w paradygmacie stabilnej równowagi: że życie nie zmienia się i powstaje z istniejącego życia.  Że życie powstało od Boga i że potrzebne są odpowiednie warunki, żeby mogło istnieć. Był to bardzo owocny okres. Młodzi studenci medycyny byli bardzo ciekawi, dociekliwi i wędrowali po świecie, odwiedzając badaczy w celu poznania nowych i ważnych odkryć. W tym czasie wiele dyskutowano i publikowano.
Próbowano przekonywać przy pomocy różnorodnych eksperymentów, których rezultaty publikowano. Zupełnie normalną rzeczą było, że jeden uczył się od drugiego i przez to dochodzono do coraz głębszych rozpoznań.
W owych czasach nie było takich dogmatów, które panują dzisiaj w całej medycynie i biologii, jak np. „centralny dogmat genetyki molekularnej” (od 1956 roku) czy dogmat „hipotezy o infekcjach”.

Zniesławianie zwolenników „statycznego spojrzenia na życie”  (życie jest i może powstać tylko z życia) jako „mechanistów”, czy zniesławianie zwolenników „przemiany życia i spontanicznego powstawania życia” jako „witalistów” jest dzisiaj absolutnie niedopuszczalne i ma miejsce wyłącznie w celu usprawiedliwienia panujących dzisiaj dogmatów. (witalizm, w przyrodoznawstwie i filozofii pogląd uznający, że wszelkie przejawy życia wynikają z działania szczególnego, niematerialnego czynnika (tzw. siły życiowej), którego nie da się sprowadzić do procesów fizykochemicznych czy mechanicznych. Witalizm zarzucono jako teorię w XX w., przede wszystkim dlatego, że nie poddaje się mechanizmom weryfikacji, obowiązującym na gruncie współczesnego paradygmatu nauki).

Tym bardziej, że przedstawiciele terorii mechanistycznej (mechanistyczne pojmowanie przyrody, przyczynowe pojmowanie wszelkich zjawisk przyrodniczych w filozofii, będące następstwem tezy greckiego filozofa Leukipposa, że nic nie dzieje się bez przyczyny, lecz wszystko z jakiejś racji i konieczności) stosunkowo szybko udowodnili, że w sterylnych roztworach nie może powstać życie, jak również odkryli istnienie bakterii i innych żywych organizmów pod mikroskopem – plemników (istnienie komórki jajowej było ignorowane przez medycynę przez następne 200 lat). „Witaliści” mogli również udowodnić, że życie podlega ciągłym zmianom. A to dlatego, ponieważ plemnik wygląda zupełnie inaczej, jak wykształtowany człowiek i ponieważ w główce plemnika nie ma zalążka gotowego człowieka. 
I tak wzbogacały się te dwa modele myślowe, co prowadziło do coraz głębszych rozpoznań procesów życiowych, o których dzisiejszy student mydycyny nie może nawet marzyć. Ten miał rację, kto w praktyce, w doświadczeniu, w codziennym życiu miał sukces ze swoimi rozpoznaniami i swoje wyobrażenie,  swoją hipotezę mógł praktycznie udowodnić.
Wówczas było rzeczą zupełnie normalną i nie można było sobie wyobrazić, żeby mogło być inaczej,  że eksperymenty i dowody prezentowano publicznie, co jest istotnym kryterium naukowym, oraz przedstawiano je w zrozumiałej formie. Robiono to, żeby zapobiec oszustwom.

Były to czasy, jak wiemy, w których to państwo zaczynało rozbudowywać państwową służbę zdrowia i zaczynało organizować kształcenie lekarzy. Rozpoczęto systematyczne finansowanie badaczy oraz finansowanie medycznych fakultetów. Jeżeli ktoś żądał pieniądzy na przeprowadzenie badań, to musiał najpierw udowodnić, że może coś nowego pokazać. Zupełnie inaczej jak jest to dzisiaj: dzisiejsi badacze potrzebują coraz więcej pieniędzy, żeby  swoje hipotezy udowodnić może za 20 lat.

W późniejszym okresie, w XIX, wieku nadszedł czas, kiedy to kościół (był zadowolony z dowodu na to, że życie nie może samoistnie powstać) stanął po stronie polityki, która nagle zaczęła finansować niektórych „naukowców”, twierdzących - mimo przeciwnych wyników uzyskiwanych  ze swoich eksperymentów – że „choroba” jest „przenoszona” przez mikroby.  Acha, a więc ogień jest odpowiedzialny za pożar!
Dla Kościoła już dawno było jasne, że ten kto jest chory, musiał zgrzeszyć. Dlatego spotkała go kara Boska... i przeinterpretowała Biblię.
Od tego czasu, „naukowcy”, którzy twierdzili, że chorobą można się ”zarazić” – mimo dowodu, że jest przeciwnie – nazywano „kontagionistami” (lat. contagium = zarażenie). Byli oni sponsorowani przez polityków i kościół oraz innych źródeł bliskich Kościołowi, co nie było bez znaczenia i przyczyniło się w znacznym stopniu do zgubnego rozwoju wydarzeń.
Ówczesnej medycynie szkolnej (medicina scholastika) nie było możliwe sprzeciwstawienie się temu sojuszowi, mimo, że jej przedstawiciele mogli udowodnić w eksperymentach przeprowadzanych na sobie samych, że bakterie, które robi się odpowiedzialnymi za chorobę, nie są w stanie jej wywołać.
Nic więc dziwnego, że przeprowadzony przez anglika Edwarda Jennera rodzaj nacinania, wtedy szeroko rozpowszechniona metoda, jest uważany dzisiaj za pierwsze „szczepienie”. Ono nie tylko spowodowało śmierć jego własnego syna, ale przyczyniło się do uszczerbku zdrowia wielu innych, zdrowych ludzi.
Naturalnie opowiednio do paradygmatu panującegp w owym czasie rozwinął się model myślenia. Panowała metoda leczenia "podobne lecz podobnym" (Similia similibus curentur), metoda puszczanie krwi (upuszczanie krwi, flebotomia) i wprowadzania do organizmu przeróżnych możliwych substacji i wyciągów, łącznie z truciznami i metalami ciężkimi.
Tutaj należy przypomnieć, że sposób rozumowania Hahnemanna oraz stworzenie homeopatii właśnie z tego się wywodzi.
To zwykły i bezczelny tryk reklamowy, jeżeli dzisiaj się twierdzi, że Jenner w ówczesnym czasie podobno „udowodnił” „uodpornienie” 8-letniego chłopca stosujc „zarazki ospy krowianki”.
Historyczne zapiski nie potwierdzają niczego podobnego. Ale jeszcze bardziej nie można pojąć tego, że w dzisiejszej literaturze naukowej zataja się fakt, że w Ameryce, w 1793 roku – która w ówczesnym czasie nie była tak zdominowana przez kościół i panował tam bardziej tolerancyjny duch jak w Europie – bezsprzecznie udowodniono, że epidemia (zaraza), a więc pojawienie się objawów chorobowych u większej ilości osób w tym samym czasie, nie może być spowodowana przez mikroby! Tylko przez fekalia, przez „jad trupi” znajdujący się w wodzie oraz zepsutej żywności (szczególnie z powodu padliny zwierzęcej; zwierzęta zdychały podczas okresów suszy czy nieurodzaju jako pierwsze, ponieważ nie były karmione i pojone!).
Do objawów chorób spowodowanych przez azotany/azotany III znajdujące się w wodzie oraz toksyny znajdujące się w zepsutej żywności (nie było jeszcze lodówek!) należą: gorączka, ból głowy, zaczerwienienie skóry, wykwity na skórze (ospa), krwawienia skóry, wewnętrzne krwotoki (żółta febra!), biegunka, krew w kale (hematochezja), itd. i zapalenie wątroby: hepatitis.
Objawy „chorobowe” są uzależnione od stopnia zatrucia: oczy i skóra są mniej albo bardziej żółte, ukazują się na zewntrz i wewnątrz czerwone, a później niebieskie i czarne plamy i guzki. Jeżeli osoba dotknięta takimi objawami dostanie tylko czystą wodę i pełnowartościową żywność to powraca do sił albo szybciej albo wolniej.
Objawy spowodowane różnymi truciznami były różnie nazywane: malaria (złe powietrze!), żółta febra, ospa, dżuma (pomór) – dzisiaj AIDS, hepatitis, itd.
To, że zależności, które były już wówczas znane, są dzisiaj ignorowane, zniesławiane i ich odkrywcy oczenrniani, jest  nie tylko niewiarygodną rzeczą, tylko jest po prostu zwykłym oszustwem. 
W podręcznikach można jedynie znaleźć, że w 1793 roku w Filadelfii w stanie Pensylwanii, grasowała straszna epidemia „żółtej febry”. I że w tym czasie podobno wybuchł straszny spór pomiędzy zwolennikami teorii „zarażalności mikrobami”, tzw. teorii chorobotwórczości (Henle wprowadził określenie contagium vivum względnie contagium animatum) oraz przeciwnikami tej teorii. Nic z tego nie jest prawdą i nic nie jest możliwe do udowodnienia!
Było wręcz przeciwnie: czego można dowiedzieć się z całej ówczesnej literatury oraz późniejszej literatury, ale tylko do czasów II wojny światowej. Potem w podręcznikach szkolnych, pismach historycznych i podręcznikach akademickich dominowała już, o czym się jeszcze przekonamy, uwarunkowana politycznie hipoteza o zarażaniu na wszystkich obszarach życia. W tych podręcznikach znajdujemy się tylko zniesławianie „zarazy” i włączonych w nią lekarzy oraz tylko przypuszczenie (które zostało obalone) że „żółta febra” jest zaraźliwa, jak i do dzisiaj nieudowodnione twierdzenie, że w XX wieku wirus „żółtej febry” został wyizolowany i scharakteryzowany.

Gdy zaczniemy się domagać odpowiedzi na pytanie, kiedy w XX wieku, przy użyciu wysoce wyspecjalizowanej techniki, przy użyciu mikroskopu elektronowego, biochemii, został znaleziony dowód na to, że istnieje „wirus żółtej febry”, to nikt nie jest w stanie wskazać żadnej publikacji na ten temat.
Gdy domagasz się dowodów na istnienie wirusa „żółtej febry”,  to „specjaliści” zaczynają przed tobą uciekać jak małe dzieci, które mają stracha.  W żadnej publikacji nie znajdzie się do dzisiaj fotografii tego wirusa, nie mówiąc już o informacjach dotyczących jego biochemicznej charakterystyki.

W literaturze sprzed II wojny światowej znajdujemy wszystkie szczegóły, które również w 1793 zostały opublikowane w pismach naukowych i innych. A okazuje się, że do lekarzy, którzy dzisiaj oczerniani są jako przeciwnicy „chorobotwórczości” należeli najsłynniejsi  lekarze XVIII wieku, jak Benjamin Rush (1745-1813) założyciel medycyny klinicznej oraz jego współpracownicy.

Benjamin Rush studiował w Europie i w 1768 roku promował w Edinburgu (Szkocja).  Zasłynął nie tylko tym, że wyjaśnił jak można było zapobiec wspomnianej „epidemii żółtej febry” w Filadelfii, ale również swoją pracą nad zależnościami pomiędzy chorobami zębów a reumatyzmem i swoją pomocą dla alkoholików. 
Był on profesorem medycyny na Uniwetsytecie. Był najbardziej lubionym profesorem w tym czasie. Do niego przyjeżdżali studenci z całego świata.
Ponieważ rozpoznał jak wielkie znaczenie ma czysta woda oraz rozpoznał jak wielkim niebezpieczeństwem są trucizny, a szczególnie trucizny znajdujące się w zepsutym pożywieniu, ostrzegał przed skutkami nieopisanie ciężkich warunków bytowych ludzi mieszkających w miastach i przepowiedział, że w takich warunkach panujących na świecie, jeszcze więcej ludzi dostanie wspomniane symptomy i jeszcze więcej ludzi umrze z powodu zatruć.
Ludzi, z którymi był w stałym bliskim kontakcie, leczył przy pomocy klasycznych metod ówczesnej medycyny szkolnej. Jego kolega, lekarz Nathaniel Potter, przeprowadzał doświadczenia na sobie samym, które udowodniły, że „żółta febra” nie jest „zaraźliwa”.
Sprawdźcie sami w podręcznikach z tamtych czasów, jak wyglądała sytuacja w Filadelfii w tym czasie i dlaczego tak wyglądała!
Dzisiaj bezczelnie okłamuje się ludzi, że jakoby „epidemia żółtej febry” spadła na mieszkańców Filadelfii zupełnie nieoczekiwanie. Oraz, że jakoby komar o nazwie Aedes aegypti był za to odpowiedzialny  –  w XX wieku postulowano „wirusa żółtej febry”, który podobno w tropikalnych krajach wywoływał „żółtą febrę”i który został przewieziony statkami z Afryki i Południowej Ameryki do Ameryki Północnej i Europy.
Obalone dowodami twierdzenie, że choroby spowodowane szybko rozprzestrzeniającym się „zarazkiem” powodowały „epidemie”, było rozpowszechniane celowo przez niemieckie i francuskie państwo, było użyte jako polityczny atut. Argumentu ten użyto w wojnach, w celu szerzenia strachu u przeciwnika oraz żeby móc wytłumaczyć, dlaczego żołnieży wziętych do niewoli – nie tylko jeńcy wojenni – musi się trzymać w izolacji, w  tzw. kwarantannie.
W Niemczech, dnia 1-go stycznia 2001 roku, został znowelowana ustawa dotycząca „zarażeń”, w której opisanych jest 26 sytuacji, upoważniających „infektologów” (za zrządzeniem ministerstwa zdrowia) - jeżeli tylko będzie istniało „uzasadnione podejrzenie” o „grasowaniu” nowych i znanych „zarazków” -  do wprowadzania zakazu wychodzenia na ulicę, wprowadzania kwarantanny, wydawania zezwoleń na aresztowania itd.
Ustawa ta unieważnia Ustawę Zasadniczą, która ma za zadanie nas chronić.
Pryszczyca (zwana również zarazą pyska i racic) na początku 2001 roku była tylko suchą zaprawą, dla wypróbowania tej ustawy na żywo.
„Wirus pryszczycy” jest bowiem takim samym wymysłem Niemców z roku 1898.  Wygrałem wszystkie zakłady, ponieważ założyłem się, że nie ma w Niemczech ani jednego dowodu na to, że ktoś zaraził się tym „wirusem pryszczycy”.
Ale wróćmy do XIX wieku. Wieku wojen i wojennego sposobu myślenia, które również zdominowało całkowicie już upaństwowioną „naukę” „medycyny-zakażeń”. W roku 1875 udało się Anglikom całkowicie przejąć kontrolę nad kanałem sueskim. Oznaczało to znaczące korzyści handlowe, które dla innych sił kontynentalnych Europy były więcej jak „drzazgą w oku”.
Aby ograniczyć handlowe prywileje Anglii, grożono statkom i produktom angielskim kwarantanną, w celu blokady  ruchu handlowego na morzu śródziemnym.
Sytuacja pogorszyła się w momencie, jak do tego Anglia wykorzystała tą drastycznie skróconą drogę do swoich kolonii, sprowadzając wojsko i Egipt stał się w 1882 roku faktycznie angielską kolonią.
Ostrzeżenia ze strony lekarzy, nazywanych „lokalistami”, którzy przewidywali „cholerę” w obozach z jeńcami doprowadziło do politycznego zalegalizowania „kwarantanny”.
Tylko, że „lokaliści”, wśród nich słynny lekarz Max von Pettenkofer (chemik i higienista) i najsłynnieszy mikrobiolog w Austrii,  Edward Emanuel Klein, udowodnili, że „cholera” nie jest zaraźliwa i że to woda zatruta fekaliami powoduje, że ludzie dostają niekiedy nawet zagrażające życiu biegunki.
A więc Robert Koch został wysłany przez rząd niemiecki do Egiptu, po to, żeby udowodnić, że „cholera” jest zaraźliwa.  Rezultat: negatywny! Koch mógł jedynie udowodnić, że „chlerą” nie można się zarazić.  A więc wysłano go do Kalkuty, po to samo.  Rezultat: negatywny! Znowu mógł tylko udowodnić, że „cholera” nie jest zaraźliwa. Społeczeństwo jednak zostało poinformowane, że „cholerą” można się zarazić i że mogła zostać przez Anglików zawleczona z Indii do Europy.
Ponieważ Anglicy już dawno wskazali na to, że choroby są uzależnione między innymi od lokalnych warunków pogodowych, gruntowych, wodnych, żywieniowych i innych warunków oraz jak od 1866 (rozbudowa oczyszczalni w dużych miastach została zakończona) nie wystąpił żaden przypadek „cholery”, to sprawa ucichła.
Dlatego też zaniechano kroków w kierunku kwarantanny dla Anglików.

Źródło: Mario Ogawa „Uneasy Bedfellows: Science and Politics in the Refutation of Koch's Bacterial Theory of Cholera“  (Ungleiche Spießgesellen: Wissenschaft und Politik in der Widerlegung der Koch'schen Theorie der Bakterien-Theorie von Cholera) w „Bulletin of the History of Medicine“ tom 74, grudzień 2000, i w geisteswissenschaftlichen Teil (sic!) Frankfurter Allgemeinen Zeitung (FAZ) z dnia 31. Januar 2001.
Ale podwaliny były już przygotowane i od tej pory w „nauce państwowej” panował na temat chorób jeden system myślowy, a mianowicie podobny do systemu myślowego podczas prowadzenia wojny. Narodził się paradygmat walki w wyjaśnieniu choroby, który dominuje aż do dzisiaj. "Parasygmat walki z chorobą"
Niemcy byli bystrzy i szybko to pojęli... i od tego momentu zaczęto „oficjalnie” akceptować „pośrednie” dowody mające wyjaśnić choroby. Trzyba tutaj przypomnieć, że w tym czasie Niemcy były przodującym państwem w dziedzinie nauki.  Oraz, że w 1884 roku odbył się w Niemczech Kongres berliński, na którym to Europa ustaliła kolonializację Afriki.

Kongres berliński – konferencja zorganizowana w Berlinie w dniach od 13 czerwca do 13 lipca 1878 (potężna postać Otto von Bismarcka góruje nad otoczeniem, po lewej w pozycji siedzącej rosyjski MSZ Aleksander Gorczakow)

Z „przyczyn humanitarnych” ma się rozumieć, gdyż bez Europejczyków w Afryce, jak uważano, Afrykańczycy nie mogliby przetrwać. Zaczął się największy holokaust w dziejach ludzkości... wskutek którego Afryka została pozbyta korzeni i do dzisiaj znajduje się na dnie.
„Nauka dostarczyła” argumentów na to, dlaczego Afrykańczyk jest bestią. Infektolodzy decydowali o życiu i śmierci i bez jakichkolwiek przeszkód szaleją w Afryce w sposób podstępny do dzisiaj. Od tamtego czasu w stosunku do mieszkańców Afryki jest prowadzona brutalna polityka, która stworzyła „AIDS” i która dzisiaj przez stosowanie „zmienionych genetycznie” szczepionek osiągnęła swoje apogeum. Nimi można mianowicie sterylizować również mężczyzn.
Do dzisiaj w wyjaśnianiu życia dominuje paradygmat wojenny. Doprowadziło to do tego, że biologia, jeszcze nigdy w swojej historii nie była tak dalece oddalona od realów życia jak dzisiaj.
Szczególnie fatalny wpływ ma to na „leczenie” chorób i niszczy podstawy życia. Drastycznie zwiększona i w dalszym ciągu rosnąca niepłodność, chroniczne choroby, rak, itd. jest pewnym wskaźnikiem samo-zagłady ludzkości przez medycynę. Od tamtych czasów, panuje aż do dzisiaj dogmat: „walka z mikrobami” a  nie „życie z mikrobami”.
Dlatego jest zrozumiałe, że od tamtych czasów na wszystko co jest uważane za chore albo nienormalne „strzela się”, prowadzi się „walkę”– zamiast pomóc. 
Osoba nieuświadomiona podczas zwykłego pobytu w szpitalu czy u lekarza odnosi wrażenie, że znajduje się w straszliwej wojnie i często nawet w wojnie tuż przed jej przegraniem.
Nawet rewolucjonistyczna biochemia XX wieku, która każdemu badaczowi klarownie wyjaśniała, że życie funkcjonuje w „równowadze”, była i jest ignorowana.
Jak czasami podczas choroby przyuważono pod mikroskopem optycznym bakterie, jak np. przy cholerze w wodzie, czy podczas gruźlicy,  to twierdzono, wbrew wszelkim obserwacjom,  że te „bakterie” są powodem choroby.
Wszystkie inne choroby, podczas których bardzo rzadko, albo wogóle nie widziano bakterii, zostały od końca XIX wieku i w dalszym są „tłumaczone”  wymyślonymi „wirusami”, a ostatnio również „genami”.
Jako „wirusy” wyobrażano sobie jeszcze mniejsze „zarazki” jak bakterie. To wyobrażenie było wystarczającym „dowódem”, gdyż w tym czasie nie było możliwe zaobserwowanie i sfotografowanie organizmów mniejszych od bakterii. Mikroskop elektronowy został wynaleziony dopiero w 1931 roku.
Paul von Ehrlich, „badacz leków”, który przez całe życie szukał „magicznej kuli”, żeby przy jej pomocy można było przezwyciężyć wszystkie choroby na raz, miał plan. Zrodziła się z niego chemio-„terapia”. Aby wesprzeć tego rodzaju „badania”, Alfred Nobel, chemiczny gigant, wynalazca dynamitu, ufundował (od 1901 roku) rokroczną „Nagrodę Nobla”.

Pierwszą Nagrodę Nobla dostał w 1901 jego kolega Paul von Ehrlich i „bakteriolog” Emil von Behring, który przeprowadzał w 1889 roku okrutne doświadczenia na zwierzętach i twierdził, że trucizny produkowane przez bakterie „tężca i dyfterytu” (szczególny rodzaj bakterii produkuje je w próbówce w szczególnych warunkach) mogą być neutralizowane w żywym organiźmie przez „antytoksyny”.
Z tego konceptu narodziły się później słynne „przeciwciała”, o których mówi się, że są one specyficzną bronią „systemu odpornościowego”, produkowane przez organizm „przeciwko” „zarazkom”, które wdarły się do organizmu. Twierdzi się dalej coś takiego wbrew zrobionym obserwacjom!
Dzisiaj wiadomo, że „funkcje immunologiczne” nie mogą być specyficzne, tylko zależą od statusu energii ciała, energii tkanki i od statusu Redox organizmu. A więc nie są do wytłumaczenia w modelu myślowym wojny, w wojennym paradygmacie dzisiejszej  „nauki”.
„Przemysł szczepieniowy” ogromnie się rozwinął i dominuje od tego czasu w całej „pseudo-nauce”.
W 1874 roku Otto Bismark wydał ustawę o „szczepieniach” (Reichsimpfgesetz), w myśl której każde dziecko musiało być szczepione przeciwko „ospie prawdziwej”.  „Skutki uboczne” były drastyczne i często trudne do odróżnienia od objawów „syfilisa”. Z powodu ogromnego nacisku ludności rząd „zrezygnował” w 1885 roku z tego rodzaju szczepienia.
Nic więc dziwnego, że Emil von Behring przeszedł „oficjalnie” do historii jako „wybawiciel dzieci”, gdyż nauczył się na błędach i później w swoich „szczepionkach” zastosował dużo mniej „środków konserwujących i adjuwantów (w książce Lanki/Krafeld znajduje się oddzielny rozdział poświęcony tematowi: Co się wszczepia? Bez potrzeby!) i dzięki temu ”liczba zgonów u dzieci” drastycznie zmalała.  W 1901 roku otrzymał za ten oszukańczy czyn pierwszą Nagrodę Nobla.
Zakłamane towarzystwo, ci laureaci Nagrody Nobla, i to od samego początku. Później, w 1914 roku, założył w Marburgu Firmę „Behring-Werke“, szczególnie dobrze znaną matkom i rodzicom dzieci z poszczepiennymi skutkami ubocznymi. 
Luis Pasteur, na którego autorytet wszyscy się powołują, twierdząc, że „szczepienia” mają naukowe podstawy, początkowo nie mieszał się w niemiecko-angielski spór o „cholerę”,  nie musiał znosić (jak w przypadku Kocha) wyśmiewisk po nieudanych próbach szczepienia, za to „śmiał się ostatni”.  W oparciu o niejasne doświadczenia na zwierzętach twierdził, że „bakterie cholery kurzej” są przydatnym „materiałem na szczepionkę” przeciwko „cholerze”.
Ku zaszczytowi Jennera, który ad hoc został mistyfikowany przez media i który manipulował „wirusami krowianki” (co zostało udowodnione jako fałszerstwo), nazywając to „vaccine” (po łacinie: vacca= krowa). Miał ponadto rozwinąć „szczepionkę” przeciwko „wściekliźnie”.  Dzisiaj opowiada się legendę, że przez to uratował życie młodemu mieszkańcowi Alzacji, Jozefowi Meister, którego ugryzł pies, o którym mówiono, że ma wściekliznę.  I Jozef Meister nie umarł!
Wszystkim współczesnym Pasteurowi, do których należył np. Bechamp[1] czy „zapomniany” Ethel Douglas Hunme (autor książki z 1923 roku pt.” Pasteur obnażony”) i wszystkim naukowcom, którzy krytycznie analizowali Pasteura, jak np. badacz R.B. Pearlson w swojej pracy pt.„Pasteur: Plagiarist, Impostor”, 1942” ( „Pasteur- plagiator i oszust”) było jasne i to udowodnili, że nic z tego, co twierdził Pasteur, również odnośnie szczepień, nie nie odpowiadało faktom.

WIKIPEDIA: Antoine Béchamp (ur. 16 października 1816 w Bassing, zm. 15 kwietnia 1908 w Paryżu) właściwie Pierre Jacques Antoine Béchamp - francuski biolog, mgr farmacji, dr nauk, dr nauk medycznych, profesor zwyczajny chemii medycznej i farmacji na wydziale medycyny w Montpellier, profesor zwyczajny fizyki i toksykologii oraz profesor chemii w Wyższej Szkole Farmacji w Strasbourgu, członek Imperialnej Akademii Medycyny Francji i Paryskiego Towarzystwa Farmaceutycznego, laureat Francuskiej Legii Honorowej. Twierdził że w istocie bakterie nie są przyczyną, lecz skutkiem, choroby i zależne jest to od tego jaką formę przybierają, co wynika ze stanu podłoża na którym żyją, a nie z zarazka samego w sobie. Nie bardzo towarzyski i nieśmiały Béchamp pozostawał w cieniu Pasteura).

Pasteur, oszust bez skrupułów, został zatrudniony przez rząd francuski w celu reprezentowania jego interesów. Najpierw zwalcza rozpoznania, mówiące o tym, że istnieją zarazki i bakterie i nie istnieje spontaniczne powstawanie życia, poczym sprzedaje to łącznie z „pasteryzowaniem” -  sterylizowaniem przez rozgrzanie – jako swoje rozpoznania i oszukuje bezwzględnie przy „szczepionkach”.
W 1993 roku zostało udowodnione - przez bardzo prominantne źródło - że wszystko to, co Pasteur publikował o swoich „materiałach szczepionkowych” było ZWYKŁYM WYMYSŁEM. W 1993 roku, historyk z Uniwersytetu w Princeton, prof. Gerals G.Geison po 25 latach studiowania i dochodzenia prawdy opublikował zapiski prowadzone przez Pasteura podczas badań laboratoryjnych oraz pamiętniki Pasteura i porównał wyniki z „naukowymi” publikacjami Pasteura. Tak jak przystoi przodującej elitarnej uczelni USA, książka wydana przez "Princeton University Press” nosi tytuł: „The Private Science of Louis Pasteur”(Prywatna nauka Louisa Pasteura) i jest osiągalna tylko w języku angielskim.
Süddeutsche Zeitung, gazeta znana jako szczególnie wierząca w postęp, pisze dnia 18.lutego 1993 roku... w szczególnie perfidny sposób: „Jak oznajmia dzisiaj historyk Gerald L. Geison z Uniwersytetu  w Princeton, nawet Pasteur popełnił kilkakrotnie „oszustwo naukowe”. Odkrycie to było możliwe, po przestudiowaniu prywatnych zapisków tego słynnego francuskiego badacza. Pasteur naniósł w nich tylko szczególnie negatywne wyniki swoich eksperymentów, natomiast dane które opublikował, były „naciągane” i czasami – zwłaszcza w odniesieniu do spektakularnych eksperymentów – świadomie kłamał. Ten genialny badacz dla swojego i szczęścia ludzkości, zdał się bardziej na swój odczucie, jak na pomiary. Zwykle takie postępowanie w nauce przynosi szkody.”
Bezczelniej już nie idzie! Tyle byłoby do powiedzenia na temat „wolnych mediów” oraz „naukowych podstaw” szczepień.  Nie do wiary, ale niestety jest to prawda, śmiertelna powaga.
Na szczepieniach przeciwko gruźlicy można przykładowo przedstawić, co w owym czasie rzeczywiście miało i w dalszym ciągu ma miejsce przy każdym szczepieniu.
W osobie dr med. Gerharda Buchwalda miałem tutaj kompetentną pomoc. Dał mi do dyspozycji cytowaną poniżej literaturę. Wielkie dzięki! Przejdźmy do rozjaśniania tematu „szczepionki przeciwko gruźlicy” - BCG (Bacillus Calmette-Guérin) (opracowana we Francji przez Alberta Calmette i Camille'a Guérin i wprowadzona w 1921):
Z paryskiego Instytutu im. Pasteura pochodzi meldunek o bezgranicznym sukcesie w zapobieganiu gruźlicy. Albert Calmette, bakteriolog i dawny współpracownik Louisa Pasteura, od 1-go lipca 1924 do 30-go czerwca 1925 roku zaszczepił ponad 2000 niemowląt (sic!) pochodzących ze szczególnie zagrożonej warstwy społecznej (sic!) odkrytą przez siebie żywą szczepionką BCG. Podobnie zwykle (kłamstwo!) w tej grupie wysokiego ryzyka umiera 24% do 32% niemowląt na tą chorobę. Poród zaszczepionych natomiast nie było ani jednego przypadku zachorowania. Taką informację możemy znaleźć w „Harenberg Chronik des 20. Jahrhunderts“ (Kronika Harenberg XX wieku) na stronie 342.
Magazyn „Gesudheit” (Zdrowie). W tym magazynie z „apteki” w wydaniu październikowym w 2000 roku czytamy: "Dwóch francuskich lekarzy Albert Calmette und Camille Guerin rozwinęło w dwudziestych latach „szczepionkę”, która do dzisiejszego dnia jest jedyną „szczepionką” przeciwko gruźlicy: BCG.
BCG to nieszkodliwa, blisko spokrewniona z zarazkiem wywołującym gruźlicę – mykobakteria gruźlicy (Mycobacterium tuberculosis)”.

A teraz przejdźmy do faktów:
Światowa Organizacja Zdrowia w roku 1971 zakończyła siedmioletnie terenowe eksperymenty przy pomocy BCG szczepionki w prowincji Madras w Indiach. Po dokonaniu zmian (upiększeniu i naniesieniu „poprawek”) i dopiero 8 lat później, a więc w 1979 roku, wyniki tych eksperymentów zostają opublikowane w „Indian Journal of Medical Research” (Indyjski żurnal badań medycznych) i w „Biuletynie Światowej Organizacji Zdrowia” (Bulletin of the World Health Organisation, 57 (5): 819-827,1979).

Cytaty pochodzące z tych źródeł:

  1. Prawdziwe uodpornienie wskutek szczepienia pozostaje w związku z tym pod znakiem zapytania.

  2. Jest absolutnie jasne, że szczepionka BCG nie daje żadnych efektów.

  3. Wyniki tych eksperymentów wskazują, że szczepionki po upływie 7 i pół roku po jej podaniu nie mają funkcji ochronnej. 

  4. Szczepienia BCG już od ponad 50 lat (sic!) są przedmiotem sporów.

  5. Spotkanie dyrektorów kontroli jakości różnych labolatoriów potwierdziło w 1978 w Kopenhadze, że używane w eksperymencie szczepionki były wysokiej jakości (sic!).

  6. W badaniach przeprowadzanych w Puerto Ricko, gdzie szczepionka i placebo zostały podawane w wysokich dawkach, okazało się, że obydwie mają niską odporność (31%) (sic!). Porównajcie tutaj wypowiedź o BCG z „Kroniki XX wieku”.

  7. Podsumowując można powiedzieć; powyższe badania pokazały, że szczepionka BCG nie daje wogóle żadnej ochrony przed zarazkami chorobowymi.

Minęły następne 4 lata zanim w 1983 roku ukazała się pierwsza relacja zredagowana przez ówczesnego dyrektora „Instytutu im. Roberta Kocha” podlegającego Ministerstwu Zdrowia w Berlinie, prof. dr med. W. Brehmer (Bundesgesundheitsblatt 26, Nr. 5, Mai 1983, S. 145): „W przeprowadzonym na dużą skalę przez Światową Organizację Zdrowia badaniu, mającym na celu kontrolowanie działania placebo, stosowany w Niemczech materiał dla szczepionek (Copenhagen 1331) okazał się bez nieskuteczny”. W 1987 roku dr med. Klaus Hartmann (który jak się później okazało pozwolił się zatrudnić przez „Instytut Paula Erlicha” w Langen pod Frankfurtem - podporządkowanemu rządowi niemieckiemu, odpowiedzialnemu za dopuszczenie do sprzedaży „materiału szczepionkowego”) w swoje pracy doktorskiej „Erfassung und Bewertung unerwünschter Arzneimittelwirkungen nach Anwendung von Impfstoffen. Diskussion der Spontanerfassungsdaten des Paul-Ehrlich-Institutes 1987-1995” (Podsumowanie i ocena niepożądanego działania lekarstw po zastosowaniu szczepionek. Dyskusja  spontanicznie zebranych danych przez Instytut Paula Ehrlicha 1987-1995):
„Po przeprowadzeniu szczepień wyłącznie szczepionką BCG wpłynęło do Instytutu Paula Ehrlicha w tym czasie 197 relacji o podejrzanych przypadkach (UAW-Verdachtsfallberichte). Na stronie 16 Hartmann pisze: „Szacunkowo” zostało zgłoszonych i objętych tylko 5% przypadków, które faktycznie się wydarzyły  (sic!). Pod pojęciem „przypadki, które faktycznie się wydarzyły” – w żargonie wtajemniczonych – rozumie „specjalista” ciężkie upośledzenia spowodowane szczepionką i śmierć. Takie przypadki obejmuje się tylko wówczas, gdy kilku z tej niewielkiej ilości rodicom - którzy w ogóle odważyli się wystąpić na drogę sądową w celu wyegzekwowania odszkodowania z powodu poszczepiennych komplikacji  - zostaną sądownie przyznane roszczenia (taki proces trwa przeciętnie 15 lat przekracza psychiczne i fizyczne możliwości). Do tego zobacz relację Bärbel Engelbertz w załączniku (Uwaga! Tylko dla osób ze stalowymi nerwami!)
W roku 1998,  a więc 27 lat po badaniach WHO, Komisja do Spraw Szczepionek (STIKOT) przy Instytucie Roberta Kocha (RKI) pofatygowała się nareszcie wycofać swoje zalecenia tej szczepionki. Według RKI to rodzice odpowiadają za zgodę na przeprowadzenie szczepienia, po „wyczerpującym” wyjaśnieniu przez lekarza:
„Uwzględniając epidemiologiczną sytuację w Niemczech, nieudowodnionego działania szczepionki BCG i uwzględniając wystąpienia ciężkich, niepożądanych skutków ubocznych spowodowanych szczepionką BCG, STIKO nie może dalej polecać tego szczepienia. Opublikowane w „Der Kinderarzt” (Lekarz Dziecięcy), 29. Jahrgang (1998) Nr. 9, strona 966.
Czy wasz lekarz poinformował was o tym? To należało do jego obowiązku! A co z mediami, które uważają się za przekaźnika pomiędzy polityką a obywatelami i które uzurpują sobie miano „strażników prawego państwa”?
Dlatego nic dziwnego, że przemilcza się nam co stało się w Lubece w 1930 roku:  250 dzieci zostało przymusowo zaszczepionych, otrzymały BCG szczepionkę. Ponad ¼ dzieci zmarła od razu po podaniu szczepionki z powodu zatrucia, żadne nie pozostało bez upośledzenia. Po drugiej wojnie światowej, jak dla wszystkich wtajemniczonych było jasne, że nawet „nazistom” w obozach koncentracyjnych nie udało się przenieść „zarazka” i biorący udział w tych eksperymentach „musieli” być zabijani w konwencjonalny sposób, to na krótki okres czasu zapanowało otrzeźwienie.

[1] 

(Pleomorfizm z gr. "morph" - kształt + "pléon" - więcej) - Wielopostaciowość, Cyklogenia drobnoustrojów - teoria która wedle dowodów mówi że mikroorganizmy mogą przybierać różne formy istnienia i etapy rozwoju w czasie życia. Pleomorfizm bakterii czy grzybów jest odpowiedzią adaptacyjną na warunki środowiska w którym żyją. Wszystkie ssaki i większość zwierząt posiada organizmy symbiotyczne, żyjące wewnątrz gospodarza - tzw. endobionty. Dla prawidłowego rozwoju endobiont, podobnie jak każdy mikroorganizm, produkuje wokół siebie metabolity.
Koncepcja ta zapoczątkowana została przez wybitnego francuskiego biologa Antoine Bechampa. Zaobserwowane małe ciałka w żywej materii nazywał mikrozymami, większość z nich to tłuszcze. Teoria jako stojąca w opozycji do oficjalnie przyjętej monomorficzności drobnoustrojów postulowanej przez Ludwika Pasteura została odrzucona przez naukę akademicką.
Następnie teorią zajął się i rozwinął niemiecki biolog Günther Enderlein badając drobnoustroje pod mikroskopem w ciemnym polu. Okazało się że nie wszystkie drobiny są mikrozymami. Enderlein obserwowane w ludzkiej krwi żyjątka nazwał protitami. Dalszych postępów dokonał Gaston Naessens, w celu badania pleomorfizmu opracował specjalny mikroskop - somatoskop w którym można obserwować zachodzące przemiany drobnoustrojów.
Znani pleomorfiści: Antoine Bechamp, William Russell (patolog), Günther Enderlein, Wilhelm Reich, Gaston Naessens, Alan Cantwell, Robert Young.
Literatura [edytuj]
    * Antoine Bechamp „Les Microzymas” (1881);
    * Antoine Bechamp „Trzeci składnik krwi”;
    * Guenther Enderlein „Cyklogeneza bakterii” („Bacteria Cyclogeny”, 1916);
    * Ethel Douglas Hunme „Pasteur obnażony” („Pasteur Exposed”, 1923);
    * R.B. Pearson „Pasteur- plagiator i oszust” („Pasteur: Plagiarist, Impostor”, 1942);)

Najwidoczniej paradygmat walki na jakiś czas poszedł w zapomnienie. Ludzie mieli dosyć wojny.
Przypomniano sobie przeciwników szczepień i lokalistów. Profesorowi Ludwikowi  Fleck było wolno przekazać swoje doświadczenia jakie zrobił jako „naukowiec” w „centrum badawczym” obozu koncentracyjnego i słynny założyciel medycznej immunologii i późniejszy laureat Nagrody Nobla z 1960 roku, EM. Burnet, reprezentant amerykańskiego grona badaczy, doniósł „Scientific American“ (Spektrum Nauki) w wydaniu z maja 1951 roku, co nastąpuje:
„Jak poobserwujemy scenę medyczną Północnej Ameryki i Austrlii, to zobaczymy, że obecnie najważniejsze zmiany w szybko znikające znaczenie chorób infekcyjnych. Szpitale dla ludzi z gorączką znikają albo zostają przedysponowane do innych celów. Jak mogę ocenić, zainteresowanie biologii głównie wirusami bierze się stąd, że używa się ich do badań struktury i funkcji komórek”.
W gronie naukowców szybko rozeszła się wieść, że nie ma dowodów na istnienie „wirusów, którymi można by się zarazić”. Wynaleziony w 1931 roku Mikroskop elektronowy, już wkrótce stał do dyspozycji wszystkich badaczy.

To nie pasowało jednak amerykańskiemu Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób [2] (Centers for Disease Control and Prevention- (CDC) – militarnej instytucji, w której to wszyscy biegają w mundurach.

Kwatera główna CDC w Atlancie.

Amerykański rząd  miał jeszcze szczególne plany, które w świetle historii łatwo dają się pojąć (Karl Krafeld opisuje to w sposób pozostawiający wrażenie w rozdziale „Historyczny przegląd polityki szczepionek” ). A mianowicie „strach przed zarazkami” zastosować i wykorzystać jako polityczny instrument...
I w lipcu 1951 roku wystartowno szczególnie silnie i przy użyciu bezprecedensowej kampanii medialnej popierającej szczepionki „paradygmat walki” stał się dogmatem w medycynie całego świata.

Zostały udostępnione bezgraniczne sumy i przy Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób została utworzona Epidemic Intelligence Service (EIS), służba epidemiologiczna. Która jest niczym innym jak Centralną Agencją Wywiadowczą (CIA) medycyny. Założona przez pewnego lekarza, dla którego największym interesem było podtrzymywanie przy życiu mitu o chorobie Heinego Medina jako choroby zaraźliwej... przy pomocy której możny było nareszcie zakończyć dyskusje na temat szkodliwości szczepień z poprzednich kampanii. Lekarzem tym był dr Alexander Langmuir (szczegóły w rozdziale: Naukowe podłoże i zależności w odpowiedziach urzędów). Z tego „gniazda”, z którego wszyscy „specjaliści”, łącznie z przynależnymi żurnalistami (dzisiaj nie pozostawia się niczego przypadkowi) pochodzi również koncept  „retrowirusów”, na podstawie których, po „zwyciężeniu” Heinego Medina, uzasadniona została wojna przeciwko „rakowi”. Gdy w 1975 roku musiała zostać zakończona, zastąpiono ją „pomorem świń”.  A gdy również „pomór świń” musiał zostać odwołany, to z niego powstała „choroba legionistów”. W niej nie można było wyczarować żadnego wirusa i dlatego jako wytłumaczenie musiała służyć biedna bakteria... aż w końcu zainscenizowany został „AIDS”.

Ale tym razem – po tych wszystkich kompromitacjach w przeszłości – które kosztowały podatników miliardy dolarów, między innymi w związku z odszkodowaniami poszczepionkowymi  - kampania została bardzo dobrze przygotowana.  Rozwinięto najlepszą jak dotychczas strategię strachu: seks i 100% śmierć połączono razem ze sobą. Początkowe małe trudności, zostały przezwyciężone przez największą w historii człowieka „pomoc” finansową i po raz pierwszy w historii człowieczeństwa został stworzony globalny dogmat: seks = śmierć.
Strategia jest następująca: zainwestowane przez państwo pieniądze mają się kilkakrotnie zwrócić przez „badania testowe” i „lekarstwa”. Tak wygląda perwersyjna amerykańska „polityka pokojowa”, poza jakąkolwiek demokratyczną kontrolą. Prowadzona jest ona w oparciu o szczególnie gruntowną niemiecką politykę. O odpowiednią dynamikę dba przy tym  „giełda”, „globalny wirtualny system pieniądza”, któremu dzisiaj podlega nie tylko przemysł farmaceutyczny i cała medycyna, tylko cała ludzkość.
To są skutki politycznie umotywowanych hipotez o infekcjach oraz oszukańczych czynów dwóch pionierów Luiza Pasteura i Roberta Kocha, pracujących w służbie państwa w XiX wieku.

W tamtych czasach mieliśmy tylko dwóch oszustów, dzisiaj jest ich tysiące, którzy jako „naukowcy” i lekarzei chowają się na uniwersytetach, instytutach i w szpitalach.
Państwo nie może się pozbyć tych stworzonych przez siebie„uczniów czarnoksiężnika”, ponieważ znajdują się oni we wszystkich resortach państwowych, w rządzie i w mediach. Sami nie zrezygnują tak łatwo ze swoich wpływów.

Wyjście z tego straszliwego zawikłania jest możliwe tylko przez prawożądność i prawo, które coraz więcej obywateli wykorzystuje. Po bezskutecznym domaganiu się np. dowodów na istnienie domniemanych twierdzień o „infekcjach”, „zarazach” i szczepieniach, teraz starają się wyegzekwować od urzędów państwowych oświadczenie pod przysięgą.

Czas nagli: my wszyscy siedzimy na tym samym przeciekającym statku, który dryfuje na burzliwym oceanie z poluźnioną kanonierką na pokładzie a jego załoga jest już silnie zdziesiątkowana i zraniona.
Ostatni meldunek na temat infekcji i „paradygmatu walki: Ärzte-Zeitung z 14. marca 2001: Prof. Heino Diringer, 20 lat  „BSE-expert” am Robert-Koch-Institut in Berlin: „Według hipotezy Stanley’a Prusiner, BSE jest przenoszona przez infekcyjne proteiny. Za to otrzymał w 1997 roku Nagrodę Nobla.  Ale jednoznacznie nie jest to udowodnione do dnia dziejszego”. Oraz: „Jestem pewnien, że wirusy BSE i CJK odgrywają tutaj rolę” (Zobacz znajdującą się w załączniku do książki ulotkę o BSE - dla czytelnika polskiego w tej chwili jeszcze nieosiągalna).
Bild am Sonntag z 29. kwietnia 2001: „Dochodzeniowcy zarazy” tak ścigają „wirus pryszczycy” („zaraza pyska i racic”): W Republice Niemiec istnieje dwóch naukowców, którzy w odizolowanym pomieszczeniu badają próby pryszczycy. W załączniku do niniejszej książki spójrz na „ulotkę o pryszczycy” oraz stronę internetową:
www-micro.msb.le.ac.uk/109/Structure.html. (przypisek tłumacza: w międzyczasie portal ten przestał istnieć)
Widać na nich jeden z wielu różnych modeli „wirusa pryszczycy”, ale żadnego zdjęcia przedstawiającego tego „wirusa” pod mikroskopem elektronowym. Otrzymujesz polecenie narysowania własnego wirusa. W ten sposób możesz się nauczyć, jak to się robi i dla żartu możesz ogłosić swoją własną epidemię... Potem dostajesz polecenie: A teraz go pokoloruj!”
...
[2]WIKIPEDIA:Centers for Disease Control and Prevention (CDC) (pol. Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób) – jedna z agencji rządu federalnego Stanów Zjednoczonych wchodząca w skład Department of Health and Human Services (DHHS) (pol. Ministerstwo Zdrowia i Usług Społecznych). Jej siedziba główna znajduje się w Atlancie w Georgii w sąsiedztwie kampusu Emory University.
Zajmuje się zapobieganiem, monitoringiem i zwalczaniem chorób (ze szczególnym uwzględnieniem chorób zakaźnych), zagadnieniami zdrowotnymi związanymi ze środowiskiem naturalnym, środowiskiem pracy, a także z szeroko pojętą profilaktyką i poprawą stanu zdrowia społeczeństwa USA.

CDC ma znaczenie także w wymiarze światowym jako instytucja mająca ze względu na posiadane środki materialne i potencjał naukowy w profilaktyce, rozpoznawaniu i zwalczaniu chorób i nowo pojawiających się zagrożeń zdrowotnych (np. bioterroryzm,
AIDS, gorączki krwotoczne).

Fragment książki autorstwa Lanka/Krafeld pt. "IMPFEN -VÖLKERMORD IM DRITTEN JAHRTAUSEND" (Sczepienia - ludobójstwo w trzecim tysiącleciu")

Germańskiej uczymy się dla siebie!

Program Edukacyjny przeznaczony jest dla osób spoza działalności terapeutycznej.
Naszą grupą docelową jest komórka rodzinna.
  Włączanie Germańskiej w jakąkolwiek alternatywną tzw. terapię, prowadzoną przez absolwentów naszego Programu Edukacyjnego powoduje wyłączenie z naszej społeczności Germańskiej oraz zablokowanie dostępu do naszego portalu.
Zobacz:
Naszym zadaniem jest rzetelny przekaz wiedzy Germań
skiej

Odwiedza nas 109 gości oraz 0 użytkowników.

Dystansujemy się od wszelkich ugrupowań czy terapeutów "stosujących" w swojej  działalności gospodarczej wiedzę Germańskiej. Dziś nie jest możliwe prowadzenie terapii zgodnie z wiedzą Germańskiej, a więc powoływanie się sog. terapeutów czy lekarzy na tę wiedzę służy wyłącznie zwiększeniu liczby własnych pacjentów.

Nic Ci nie dolega?
Tym lepiej!!
Zacznij naukę już teraz!
Tylko w porę zdobyta wiedza umożliwia świadome korzystanie z
Germańskiej Heilkunde.
Jak zostaniesz postawiony przed groźnie brzmiącą diagnozą, będzie Ci ciężko zacząć się uczyć...

Dostępne materiały z seminarium